- Imieniny: Jakuba, Krzysztofa, Walentyny | Mapa Serwisu | Chat | Kontakt | Deutsch version English version
► Nawigacja ◄

Strona Główna

Historia Szkoły

O Szkole

Nasz Patron

Aktualności

Zastępstwa

Nasze Osiągnięcia

Nauczyciele

Dla Kandydatów

Dla Uczniów

Dla Maturzystów

Absolwenci

Biblioteka

Internat

Psycholog i pedagog

SK "Caritas"

Obóz Językowy

SKKT-PTTK

Dokumenty

Serwis Katolicki

LAI (CISCO)

Linkownia

Kontakt
► Projekt ◄

SZKOŁA RÓWNYCH
SZANS

 
Witryna projektu

► Statystyka ◄

Licznik tekstowy z obsługš cookies

Liczba odwiedzin:
Osób Online: 1

54.167.245.235

 

 

WSPOMNIENIA ABSOLWENTÓW

 

Wycieczka do Porąbki wrzesień 1937 r. | U “PRUSA” w Siedlcach - wspomnienia Zdzisława Makaruka z lat 1944 -1950 | Bartłomiej Stanisław Czech

 

Wycieczka do Porąbki wrzesień 1937 r.

 

        Wbrew przewidywaniom " co nagle - to po diable " - wycieczka udała się nam wspaniale. Z wyjątkowym animuszem i energią przeszliśmy krótki okres przygotowań by dnia 21.09.1937r. o godz. 19.30 stanąć na dworcu, gotowi na kilkudniową "tułaczkę po świecie". Wszystko zapowiada się świetnie: pogoda? -jest; humory? -obecne; uczestnicy? - przytomni. Na krótko przed odjazdem zjawia się p. prof. Wychowawca (przyszedł nas pożegnać, bowiem sprawy natury służbowej nie dozwalają Mu uczestniczyć w wycieczce - wszyscy mocno żałujemy). Otaczamy p. prof. Turyka, lecz Ten robi nam przykry zawód, albowiem wypytuje się w pierwszym rzędzie o naszych gości (koledzy Zdoliński, Maliszewski, Kierwiński, Oleszkiewicz, Biernacki). Po czym odprowadza ich na bok i coś tajemniczo szepcze. Boże! Co za cios dla naszej klasy! Jak to - nasz własny, nieomalże rodzony Wychowawca lekceważy sobie swych wychowanków i poświęca czas "obcym"? Biada! Biada nam - opuszczonym, przez srogie losy rzuconym w "obce strony". Dobry humor prysł bez śladu. Wszędzie widać smutek i bezdenne przygnębienie. Ten i ów, co bardziej wrażliwy, tłucze z rozpaczy głową o ścianę (np. "Zelendzki" ucapił głowę " Wańki" i tak nią tłukł o ścianę, że aż miło popatrzeć). Inny stoi jak obuchem ogłuszony i nie wie, co ze sobą zrobić. Ale "gdzie diabeł nie może - tam..." - więc biedak zobaczył niewiastę, przyskoczył do kraty peronowej i zapomniał na chwilę o wielkiej boleści. Jeszcze inni jakby odrętwieli. Stali w miejscu, przygwożdżeni ogromem nieszczęścia i własnej hańby - gdy nagle nieco głośniejsza wymiana zdań, płynących na falach eteru od strony gdzie "dwóch Gieniów" wiodło ze sobą rozmowę, przykuła do siebie uwagę wszystkich wycieczkowiczów. Gienio II : ...Ależ na pewno, panie Psorze! Gienio I : ??? (zbyt cicho powiedziane). Gienio II : Słowo daję, że nie... Gienio I : ??? (powiedziane szeptem - wszyscy uszy w górę). Gienio II : ...i guziki i tarcza, Panie Psorze. Gienio I: Pokaż! I tu byliśmy świadkami bardzo wesołej sceny. Oto Gienio II zdejmuje płaszcz i pokazuje błyszczące guziki, krawat i nowiutką tarczę. Tu jakby jasny grom spadł - zrozumieliśmy! Oto nasz drogi Wychowawca nie lekceważy nas, ani nie gardzi nami, lecz przeprowadza inspekcję mundurów u naszych "gości", bowiem troszczy się o wygląd klasy, mimo, że będzie z dala od nas. Jakżeśmy się niepotrzebnie martwili. Ale to była jedyna chmurka zasłaniająca jasne niebo wycieczki. Wnet wraca doskonały humor, siadamy do wagonu i ...do widzenia Siedlce. Najpierw powoli, jak żółw ociężale ruszyła maszyna po szynach ospale. Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem. I kręci się, kręci, koło za kołem. I biegu przyśpiesza i gna coraz prędzej... No nareszcie jedziemy! Lokuję plecak na półce, zajmuję miejsce przy oknie i staram się w ciemności coś zobaczyć. Próżny wysiłek. Trzeba znaleźć lepszą rozrywkę... Idę "w gości" po przedziałach. Zaraz na wstępie napotykam przedział, gdzie " Kierownictwo Wycieczki " (wg. słów p. prof. Jamrozika) w otoczeniu "elity" klasowej zabawia się opowiadaniem "kawałów". Między innymi usłyszałem kawał o pewnym, podróżującym Żydku, którego z powodu skłonności do snu spotkała przykra przygoda, a mianowicie złośliwi współtowarzysze schowali śpiącemu kalosz w rękawie jego palta. Po obudzeniu się podróżny nie mogąc znaleźć jednego kalosza wyrzucił z wściekłością drugi przez okno, a po chwili znalazłszy ukryty w rękawie kalosz, również go wyrzucił. Cały przedział kolegów zaśmiewał się z dowcipu. Kawał był dobry, tylko, że godził w prestiż mniejszości, a ja nie lubię tego tematu, bo jestem poniekąd blisko spokrewniony z warstwą uciśnioną, bowiem przez 15 dni po urodzeniu się wchodziłem w jej poczet (jako grzesznik). Czym prędzej więc opuściłem ten przedział. Idę dalej. Tu przedział kolegów, którzy marzą o najbliższej przyszłości. Idę dalej. Oho! Przez drzwi zamknięte słyszę, że dobrze trafiam. Śmiech, gwar, krzyki. Otwieram drzwi przedziału i nagle... O Boże! Cofam się w przerażeniu, by po chwili ochłonąwszy z pier-wszego wrażenia, już z nieco innym nastawieniem przeżegnawszy się trzykrotnie -wkroczyć ponownie. I tu cisną mi się słowa: "Siedzą, piją, lulki palą... Trafiłem na okropną jaskinię gry i hazardu. Tu na walizce, imitującej z powodzeniem zielony stolik - bębnią w bridge'a, tam w oczko, ówdzie w wojnę, a w samym rogu "forsują" jakąś wielce niepolityczną, lecz nadzwyczaj emocjonującą grę, która nawiasem mówiąc bardzo wyraźnie przypominała mi bezpowrotne lata dziecięce. Co za sceny, co za humor? Nie wystarczy o tym przeczytać, trzeba własnymi oczami zobaczyć, przeżyć, na własnej skórze doświadczyć -aby mieć należyte pojęcie o "beztroskiej" atmosferze panującej na wycieczce. Ja sobie powiedzieć mogę: "veni - vidi - victus sum" (łac. przybyłem - zobaczyłem – zostałem pokonany). Trzy dni lekko siadałem, ale że jestem dobrym katolikiem, więc mówię: "Panie, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią". Ja im z serca odpuściłem, a nawet nazajutrz razem z "Wańką" nakarmiłem ich chlebem. Inna rzecz, że temu, od którego najwięcej ucierpiałem "przypadkowo" dostały się dwie czerstwe i suche przylepki. Trudno, tak "jakoś" wypadło, a zresztą:... "Zemsta jest rozkoszą bogów".

Warszawa Główna!!!

Jak gruszki z worka wysypujemy się na górny peron. Prowadzi bohatersko Bonek, który będąc uświadomionym w arkanach geografii P.K.P. zdążył już znaleźć pociąg i wagon bezpośredni do Zwardonia. Mijamy cały pociąg składający się przeważnie ze sleepingów międzynarodowych, z których okien patrzyła na nas zachwycająca biel pościeli. Nasz wagon (niesleeping) jest tuż za lokomotywą. Z daleka widać rozanielone buzie Witka i Mozi, którzy według umowy zajęli przedział dla naszej szóstki. Wpadamy do przedziału. Wszystko idzie jak najlepiej. Nagle Tadek, który jak zwykle (szczególnie na klasówkach z języka polskiego) błądzi między obłokami, zauważył maleńką tabliczkę nad drzwiami: "DLA KOBIET". Biedny Witek... Nie pomogło tłumaczenie, że nie każdy odrywa wzrok od skorupy "Matki Ziemi", że spostrzegawczość do cnót harcerskich należy, a on się do tego bractwa nie zalicza -musiał więc wysłuchać litanii; "kto zęby na polskich kolejach przejeździł..." i.. przez takiego...... no Witka musimy szukać innych miejsc w zatłoczonym pociągu. Obok przedział dla piesków. Dziwne, dlaczego to płeć piękna jest skazana na tak "miłe" towarzystwo. Interwencja u konduktora, żeby dał przedział dla "płci pokrzywdzonej", nie odniosła skutku. Chcąc nie chcąc umieszczamy się na górnych półkach ogólnej części wagonu. Wtem Tadek, siedząc na półce i układając sobie na noc "gniazdeczko", spada z obłoków -blednie, ogląda się bezradnie dookoła i nagle!!! "Panowie, gdzie moja laska? A tymczasem wierna towarzyszka wypraw i defilad, odznaczona licznymi orderami, zostawiona przez oblubieńca na pastwę losu jedzie do Żyrardowa. Nieszczęsny Tadzio wkrótce ukoił swą rozpacz w objęciach Morfeusza i... przespał Żyrardów, gdzie mógł laskę odebrać.
Noc... Miarowy stukot kół pędzącego w "znane" pociągu, urozmaicony od czasu do czasu technicznym bridżowym wyrażeniem i tęskno melancholijnym pochrapywaniem Tadeusza, śniącego "złoty sen " o lasce ukochanej. Z poddasza wagonu, z górnych sfer półki dolatuje tragiczny szept: "Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami, nigdy mi, kto szlachetny..." i płyną dalej pogrzebowym szmerem, jak perły łez -słowa wieszcza... Lecz brydżyści okazują dziwny brak zrozumienia podwójnej tragedii -wieszcza i deklamatora. Pada kilka soczystych określeń i niedwuznacznych propozycji: "Jeżeli szanowny arystokrato nie zamkniesz się, to twój testament stanie się w jednej chwili najaktualniejszy". Lecz z niezrażonych "wyżyn" płynie: "ale kiedyś o smutnych losach zadumany... przyzna kto szlachetny, że…, w tym miejscu dostałem dwóję". Z dołu pada soczyste przekleństwo, a potem słychać cichy szloch skrzywdzonego "dziecka".

Wtem, o Boże! Poczułem, że lecę w przepaść... Nagle wylądowałem na kolanach siedzących w wagonie kolegów, budząc się natychmiast i wywołując mniej lub więcej przyjemne aluzje do moich podniebnych podróży. Na szczęście całą winę udało mi się zwalić na przewodnika pociągu, który w tak gwałtowny sposób zatrzymuje go na stacjach. Całe szczęście, że na dole siedzieli koledzy. Ale wszystko jedno. Wolałbym się potłuc, aby to nie był tylko sen...

Są to autentyczne fragmenty z albumu "WYCIECZKA DO PORĄBKl wrzesień 1937 r. " podarowany przez uczniów Panu Prof. Jamrozikowi - na pamiątkę wspólnej wycieczki - klasa VIII a (obecnie album jest w posiadaniu nauczyciela Liceum Ogólnokształcacego im.B.Prusa Jana Chróścickiego prakazany mu przez żonę Prof. Jamrozika). Rysunki wykonane przez absolwenta Przemka Badowskiego.

 


 

U “PRUSA” w Siedlcach

wspomnienia Zdzisława Makaruka z lat 1944 -1950

 

        Siedlce - pierwsze dni lipca 1944r.. Dla nas kończy się wojna. Oberkomando der Wermacht ma swą siedzibę w pobliskich Sarnakach. Komunikaty głoszą - "Wojska niemieckie wycofują się na z góry upatrzone pozycje, skracając linię frontu..." Mam 12 lat, ale już wiem, co znaczy taki komunikat: to idzie wyzwolenie. Widać to po przyśpieszonych ruchach niemieckich wojsk w kierunku Warszawy. Mniej też "zajmują się" sprawami cywilnej ludności miasta. I wiadomość - będę zdawał na komplety do "PRUSA". W domu pani Hoyerowej przy ulicy Sienkiewicza mieszka prof. Wojewódzki (jego jedynego wtedy znałem). On zabiera mnie z umówionego miejsca do siebie. Nie jestem pierwszy, wkrótce osobiście wprowadza następnych. I tam egzamin z języka polskiego, potem z matematyki (prof. Burczak). Po egzaminie przychodzi po nas prof. Jędrychowski i przeprowadza na drugą stronę ulicy do swego mieszkania i tam bardzo ostro pyta z historii i geografii. Skąd znam historię? Przecież w szkole powszechnej nie uczono takich przedmiotów. Temat sam w sobie na oddzielne wspomnienia. Oddzielne, bo nie można w jednym zdaniu opisać bohaterstwa moich nauczycieli ze Szkoły Podstawowej Nr l, a szczególnie p. Janiny Rylle, która nie bacząc na to, że jej syn harcmistrz i uczeń "PRUSA", konspirator zginął w Oświęcimiu -u siebie w mieszkaniu uczyła nas historii, geografii, literatury - przygotowując do egzaminów na "komplety". Zdaję egzaminy i wiem, że po wakacjach będę uczniem "PRUSA". Tymczasem zawierucha wojenna oddala się od nas. Siedlce wyzwolone! Oglądam budynek szkolny... "Moja szkoła" -straszy wypalonymi murami... Ale przy końcu września lekcje zaczynają się - nie potajemnie, nie na kompletach, ale jawnie, choć ciasno... i ciągle gdzie indziej. Jeszcze wtedy nie wiem, że mam wielkie szczęście trafiając do tak znakomitej szkoły, że będą mnie uczyć profesorowie w większości bardzo doświadczeni, posiadający bardzo dużą wiedzę, przeważnie uniwersytecką, duże zdolności pedagogiczne. Umiejących i chcących przekazać tę wiedzę uczniom no i kochających młodzież. Dziś z perspektywy lat w czasie gorących dyskusji na temat kryzysu nauczania uważam, że to trzeba właśnie tak. Nie wiem, czy potrafię to udowodnić, że ogromna większość moich Profesorów zasługuje na tytuł Zasłużonego Nauczyciela Polski, a na pewno byli Zasłużonymi Nauczycielami Podlasia - choć takiego tytułu nie ma wśród odznaczeń. Jak więc Ich pamiętam?

Dyrektor Stanisław Rutkowski "DYR", absolwent UJK, dr filozofii, polonista. To nie był dyrektor -to "Instytucja". Kierował szkołą przez 40 lat (od 1921 do 1961 r. z przerwą okupacyjną). Niezależny, niezachwiany przez przeróżne zmiany orientacji historycznej, społecznej, czy politycznej. Wspomnijmy takie daty jak 1926, 1938, 1944, 1948-9 czy 1956 rok. Zmieniało się wiele, a "DYR" był. Ale musiał być znaczącą osobą, jeżeli potrafił załatwić w Lublinie (wówczas stolicy Polski) u władz centralnych szkolnych (i nie tylko), że udostępniono nam do nauki całe skrzydło największego budynku, jaki ostał się w Siedlcach po działaniach wojennych - w Dyrekcji Lasów Państwowych na Nowych Siedlcach (dziś KWMO), a spalony budynek "PRUSA" jako pierwszy w Polsce był odbudowany jako "Szkoła-Pomnik". Wieść niosła, że w Lublinie w każdym prawie gabinecie "u władz" odpowiedzialny urzędnik na widok naszego "DYRA" wstawał zza biurka, witał dyrektora i nie pozwalał sobie usiąść w Jego obecności bez zaproszenia!!! Nic dziwnego, że dla Szkoły wiele mógł załatwić. Albo później, kiedy po raz pierwszy wprowadzono do nauki język rosyjski jako przedmiot nadobowiązkowy, zapisało się tylko kilku chłopców. "DYR" zwołał do sali gimnastycznej wszystkich uczniów i powiedział: "dochodzą mnie słuchy, że młodzież nie chce się uczyć języka rosyjskiego. Nie rozumiem. A niemieckiego się uczycie? A to przecież też ... hm... sąsiedzi". I wyszedł. Ale wytłumaczył skutecznie.

    Jego zastępca, też polonista Profesor Ignacy Wojewódzki "WOJEWODA" -bohater tajnego nauczania, delegat rządu londyńskiego. Nie miał żadnej "wpadki". Nie był moim nauczycielem. Ale czasem przychodził na lekcje zastępcze, a wiedzieliśmy, że znakomicie deklamuje "Pana Tadeusza". Na naszą prośbę zawsze zaczynał czytać jakiś fragment, potem kładł książkę i całą lekcję chodził między rzędami i deklamował. Ale jak wyczarowywał knieję, zwierzynę, jeziora, grzyby... siedzieliśmy jak trusie zasłuchani nie słysząc dzwonka. Był opiekunem Samorządu Szkolnego, zawsze obecny na naszych zebraniach (ja byłem prezesem), nigdy nie pomógł nam w podjęciu decyzji. Mówił: "To jest Samorząd Szkolny, a ja jestem tylko opiekunem. Rządźcie się sami, to dla was konieczne". Przygotował nas do deklamacji wierszy na wszystkie okolicznościowe akademie. Wyszukiwał poza wieszczami piękne wiersze Asnyka, Broniewskiego, Majakowskiego i uczył deklamować. Pamiętam, że na "Kochani! Ja muszę do Kraju" serca słuchaczy miały łkać, a "Generale Gallifet! Krew masz na butach" prowadziło wzrok słuchaczy w kierunku przez Niego wskazanym. Pamięta na pewno to wszystko Jurek Szarkowski czy Maciek Borniński -najlepsi deklamatorzy.

     Naukę religii prowadzili dwaj księża prefekci. ks. Profesor Marian Choromański "LALECZKA", młody, kapelan naszej drużyny harcerskiej. To On ucząc nas religii powiedział do nas pierwszy, że papieżem może zostać każdy kardynał a więc i Polak. W liceum uczył nas ks. prof. Koronat Piotrowski, staruszek, z którym lekcje nie były ciekawe. Kiedy w 1949r. religia stała się przedmiotem nadobowiązkowym, ustaliliśmy w klasie (kilku moich kolegów uważało się za niewierzących), że nie możemy zrobić przykrości Księdzu Profesorowi i na lekcje religii będziemy chodzić wszyscy. Kiedy Ksiądz wszedł do klasy po raz pierwszy na prowadzenie przedmiotu nadobowiązkowego i zobaczył, że wszyscy jesteśmy -wzruszył się wyraźnie i... do końca szkoły (był to nasz ostami rok nauki) odwdzięczył się nam znakomitymi wręcz wykładami na temat historii Kościoła -bez podręcznika "z głowy". Chodziliśmy chętnie i radość była obopólna.

    Prof. Jan Lewiński "GLON" - biologia, chemia. Zapamiętałem Go jako bardzo skrupulatnie pilnującego nas w czasie przerw w 1944r. Uczyliśmy się początkowo nad "Fałdkiem" (znana przedwojenna kawiarnia Fałdowskiego -dziś "Kolorowa") a obok z gruzów wystawały fragmenty rurek izolujących przewody elektryczne i leżały stosy rozmaitych pocisków. Nasza zabawa polegała na tym, że kawałek takiej rurki wyginaliśmy na kształt pistoletu, kamieniem rozbijaliśmy naboje. Proch tak zdobyty sypało się do rurki, a na wylocie umieszczało pocisk podpalało się to z drugiej strony i celowało w specjalnie narysowaną na murze tarczę... "GLON" biegał za nami, węszył, odbierał te "pistolety" i krzyczał, że wyrzuci ze szkoły. Bardzo nie lubiliśmy Go za to, że nie dał postrzelać. Do czasu aż kolegom z innej szkoły wybuch poobrywał ręce, poranił twarz. Wtedy zrozumieliśmy. A żadnemu z nas szczęśliwie nic się nie stało.

     Prof. Czesław Burczak "CYSIO" -matematyk. Osoba kontrowersyjna, przedmiot żartów i dowcipów, często wyzywający nas od najgorszych. Chyba pierwszy na Podlasiu używał słowa - chuliganeria. Lubiany przez uczniów, wymagający, ale umiał też zmusić do uczenia się . Zdarzało się, że na jednej lekcji potrafił jednemu słabemu uczniowi postawić 5 dwój po kolei, aby - kiedy za szóstym razem prawidłowo rozwiązał zadanie - z westchnieniem ulgi wpisać "trzy z dwoma". Ale choć humanista - jako Jego uczeń byłem w finale I Olimpiady Matematycznej i nie miałem tam trudności w rozwiązywaniu zadań. Do dziś przechowuję wydaną z tej okazji książeczkę z otrzymanymi autografami takich sław matematyki jak Sierpiński, Otto, Zarankiewicz, Staruszewicz czy Kuratowski.

    Prof. Tadeusz Senik "PAŁA" zasłużył na to. Rozpoczynał się rok szkolny 1949/50. Powstał problem, co robić z dwudziestką chłopców zaczynających wówczas 9 klasę, a nie chcących się uczyć, repetujących, wagarujących, ubranych na "bikiniarzy". Profesor zdecydował się zostać wychowawcą tej klasy i wszyscy chłopcy zostali zgrupowani. Poszedł z nimi na wycieczkę, tam w długiej rozmowie (tajnej) ustalili pewne warunki i... (choć nie wszyscy -niektórzy jednak odpadli) przeważająca większość uzyskała maturę bez opóźnień, potem ukończyła wyższe uczelnie i na pewno nigdy Profesorowi tego nie zapomni.

    Prof. Jan Wiesławski "CYRUS" -historia i łacina. Starszy, nie najlepszego zdrowia i w zasadzie bardzo "urzędowy". W 1949r. dzień aprilis 1 kwietnia (prima aprilis) przypadał w dniu (chyba piątek) kiedy nasza klasa i równoległa w Gimnazjum. im. Żółkiewskiego miała pierwszą lekcję historię. Postanowiliśmy, że zamienimy szkoły i pójdziemy na lekcję dziennikami swoimi do innego nauczyciela. Nas prof. Sitkiewicz przywitał z humorem, pogratulował pomysłu i zwolnił. Czekamy, w parku cała lekcję a ich nie ma. A musimy zdążyć na następną lekcję. Wreszcie wychodzą. Źli, bo okazało się, że prof. Wiesławski wszedł do klasy, spojrzał, nic nie powiedział, nawet się nie zdziwił, sprawdził dziennik, zapytał co było na poprzedniej lekcji i... zaczął pytać jakby nigdy nic. Aż do dzwonka żadnym uśmiechem nie dał po sobie poznać, że to prima aprilis!!!. Umiał. Taki był.

    Prof. Stanisław Sierosławski "SIEROTA" inaczej "RUFUS" - łacinnik. Kruczoczarny, bardzo wymagający, ale też znakomity nauczyciel. Uczył mnie tylko jeden rok, ale właśnie wtedy najważniejsza była gramatyka. On uczył zamieniając język martwy na żywy! Prowadziliśmy przymusowe konwersacje po łacinie, nie wolno było popełnić błędu w składni czy końcówkach. A te wyjątki! Było ciężko, ale do dziś to procentuje.

    Prof. Konstanty Mosiewicz "MOSIEK, ANGLIK" -angielski. Młody poliglota. Władał biegle 6-oma językami, w tym 3 lub 4 miał wykładowe. Też wymagający. Ale po kilku latach nauki okazywało się nagle, że możemy od biedy porozumieć się w tym języku np. z Amerykanami UNRRA. Poza tym szkoła uczyła języka niemieckiego i francuskiego. Germanistą był prof. Michał Cieśla, który też uczył mnie w ostatniej klasie propedeutyki filozofii, bardzo trudnego przedmiotu, choć w miarę skutecznie wykładanego.

Francuskiego uczyła prof. Aleksandra Chełmońska "MADAME", szczupła, w średnim wieku pani, bardzo dystyngowana.

        Prof. Wacław Kozubowski "WACEK"- fizyka. Przedmiot nie bardzo przez nas, humanistów lubiany. Profesor (znany w mieście z posiadania motocykla z przyczepą) wiedział to i nie bardzo nas zmuszał do poznawania tajników fizyki, poza budową atomu i podstawowych praw w tej dziedzinie wiedzy.

        Profesor Iwasiuk "BIBER" - to rysunki i roboty ręczne. Pan z bródką, chodzący w "battle-dressie". Jego ulubioną pracą ręczną było introligatorstwo. Oprawialiśmy własne, wtedy przeważnie broszurowe książki chyba nieźle, jeśli do dziś się trzymają.

        Prof. Jędrychowski "JĘDRUŚ" -historia i zagadnienia. Uczył mnie krótko, ale był bardzo wymagającym pedagogiem. Do tego stopnia, że jeżeli ktoś u Niego ledwo ciągnął i był bardzo "piłowany" na trójkę - to zawsze decydował się iść na... historię i zdawał chlubnie egzamin. To On nam mówił w 1949 roku "a myślicie, że to co się dzieje w Polsce to nie jest rewolucja?" To On, kiedy powstało zamieszanie z podręcznikami- kazał uczyć się z Nankego i Zakrzewskiego dawnych dziejów a z Bieńkowskiego i z "Rzeczypospolitej" (innej jednak niż dzisiejsza) historii najnowszej i bieżącej. Pamiętam, jak musieliśmy uczyć się drzewa genealogicznego dynastii Habsburgów i Hohenzolernów, bo Profesor mówił, że znajomość tego rozjaśnia dzieje wielu krajów europejskich. Był to profesor poziomu wyższej uczelni, choć za ostry i za mało wyrozumiały.

        Prof. Jerzy Górniak "ŚPIEWAK" uczył śpiewu. Młody, energiczny (grywał czasem z nami w siatkówkę) lubiany. Poza obowiązkami szkolnymi szedł też z duchem czasu. I zarówno wtedy, kiedy organizował dla nas występ młodziutkiej Barbary Hesse, naszej rówieśniczki, podziwianej przez nas za piękną grę ....(później laureatkę Konkursu Chopinowskiego), jak też wówczas, gdy przygotowywał nasz szkolny chór z wiązanką rewolucyjnych pieśni radzieckich do występu przed mikrofonami Polskiego Radia. To był ewenement w tamtych czasach.

I na koniec dwoje Nauczycieli, którym najwięcej zawdzięczam i których najbardziej szanuję:     Prof. Jadwiga Senikowa "JADŹKA" -polonistka i wychowawczyni przez całe 6 lat nauki. Drobna, szczupła pani, znakomita polonistka, dbająca poza programem o nasz wszechstronny, duchowy rozwój. To Ona w czasie, kiedy klasa w 1947 r. była na wycieczce w Krakowie, spowodowała, że oprócz zwiedzania Wawelu, Grobów Królewskich ale i Skałki, widzieliśmy w teatrze Ludwika Solskiego w "Promienistych" i Aleksandra Zelwerowicza w "Panu Jowialskim" (?). To my - gromadka chłopców z| prowincji", skromnie ubranych, dziwiliśmy się, że publiczność wstaje z miejsc i bije brawo jakiemuś niepozornemu staruszkowi, który na scenie mówi tylko: "dasz jej na imię Karolina". Wtedy nie wiedzieliśmy kto to Solski czy Zelwer. Ale kto z moich "prowincjonalnych" rówieśników widział tych aktorów na scenie? To my byliśmy na premierowym przedstawieniu "Niemców" Krucz-kowskiego z Szaflarską, Drapińską, Duszyńskim nie rozumiejąc wówczas, że byli też inni (poza złymi) Niemcy. To dla nas przed samą maturą odbyło się spotkanie z lekturowym już, ale i ciekawym pisarzem Tadeuszem Borowskim... Jako wychowawczyni "matkowała" nam z dużym zaangażowaniem. Nie pozwoliła skrzywdzić, szukała w razie potrzeby sama kontaktu z rodzicami, wierzyła w nas. Zawsze mówiła, że ma dobrą klasę i prosi, abyśmy Ją nie zawiedli. Wielkie Jej za to wszystko dzięki.

        WF-u uczył nas Prof. Eugeniusz Hermanowski "Herman", niewysoki, sprężysty pan ze znaczkiem CIWF w klapie marynarki... To był Nauczyciel! Tak się złożyło, że obok Dyrekcji Lasów, gdzie uczyliśmy się było nasze własne (sprzed wojny) szkolne boisko sportowe. Pełnowymiarowe! (Dziś na tym miejscu stoi Liceum im. Królowej Jadwigi, słynna żeńska "Królówka" i Akademia Podlaska). Był to raj dla młodzieży. A Profesor poza obowiązkowymi lekcjami był na boisku codziennie po południu przez wiele godzin. Sterował poczynaniami sportowymi swych uczniów, wyjaśniał cierpliwie i demonstrował zasady gry w siatkówkę, koszykówkę, szczypiorniaka, całą lekkoatletykę, strzelectwo... A jednocześnie ciągle coś budowaliśmy, remontowali, odnawiali. To bieżnię, to bramki, to boiska, strzelnicę, skocznię, rzutnię, sprzęt sportowy.... A Profesor organizował różne sprawdziany, mistrzostwa, rozgrywki międzyklasowe, międzyszkolne... bez BHP, bez PZU, bez wypadków. Kiedy w wieku 15-16 lat okazało się, że jesteśmy pojętnymi uczniami i zaczęło się nam wydawać, że już wszystko umiemy, a głównie grać w "nogę" Profesor zdecydował, za nas sprawdzi. Stanie przez całą dużą przerwę (20 minut) w bramce, a my z granicy pola karnego spróbujemy strzelić Mu gola. Już szykowaliśmy w myślach parę worków na te bramki... a tu okazało się, że ani jednej nie strzeliliśmy!!! Wracaliśmy z nosami na kwintę, ale zaczęliśmy jeszcze więcej trenować. No i podziwiać “Psora” i słuchać Jego wskazówek. (Dopiero później dowiedzieliśmy się, że Profesor był przed wojną bramkarzem, że wsławił się obroną trzech karnych w jednym meczu). I okazało się przy końcu nauki u "Prusa", że stanowiliśmy dużą siłę sportową. Wykazywaliśmy swą wyższość wśród kolegów z innych szkół, jak też w rywalizacji z rówieśnikami Lubelszczyzny i Warszawskiego. A wspólnie z kolegami z "Żółkiewskiego" (tam uczył WF-u prof. Karpowicz) stanowimy potęgę w siatkówce i lekkoatletce. Do tego stopnia, że wypowiadamy mecz juniorom Warszawy w lekkoatletce i przegrywamy minimalnie (7 pkt.) jesienią 1949. Co to znaczyło - proszę tylko porównać z dzisiejszymi czasami. Które miejsce zajmują Siedlce, a które Warszawa w rywalizacji spartakiadowej? Taka to była Szkoła. Tacy Ją tworzyli Profesorowie.

Panie Religowa i Falkowska -sekretarki Szkoły - znały nas wszystkich i pomagały zawsze w załatwianiu różnych spraw. Woźny, p. Pachecka, po demobilizacji (w stopniu sierżanta) - to prawdziwy przyjaciel licealistów. Bo młodszych, tych z gimnazjum trzymał krótko, uczył porządku. U Niego można było "załatwić", że raz w roku (ale tylko raz) mógł w groźnej sytuacji wywołać "do dyrektora". Dlatego też i dziennik zgodził się "wypożyczyć" tylko raz. Kwitło w Szkole życie społeczne, polityczne. Obok naszej drużyny harcerskiej "Amarantowej Jedynki" im. Romualda Traugutta (drużynowy Marian Anusiewicz, znany dziś dziennikarz), dominującej zdecydowanie swą prężnością - działały wszystkie 4 organizacje młodzieżowe (OM TUR, ZMD, ZWM, WICI) potem połączone w ZMP (przy naszym też udziale). Byliśmy wszędzie: odgruzowywaliśmy wielokrotnie Warszawę (to nie było czcze hasło, że "cały naród buduje swoją stolicę"), Wrocław, własne miasto, byliśmy w Dworach k/Oświęcimia w brygadzie wakacyjnej SP, w ramach Harcerskiej Służby Polsce na obozach pomagaliśmy rolnikom na Ziemiach Odzyskanych... Byliśmy pełni entuzjazmu w praktyce realizując słowa pieśni: "wszystko, co nasze -Polsce oddamy"... Nie mogliśmy pogodzić się z tym, że rozwiązując Naszą Jedynkę w ramach likwidacji Harcerstwa tłumaczyło się nam, że to, dlatego, że jako harcerze byliśmy reakcyjni. Ale to już w nasze młode życie zaczęły wkraczać brutalnie błędy i wypaczenia. Szkoła jak mogła, tak nas chroniła od tych spraw. Nie brakowało nam nigdy pomocy szkolnych, naukowych, nie zdarzyło się przez tyle lat, aby klasy nie były na rozpoczęciu roku szkolnego wymalowane, odnowione, aby ławka czy krzesło było dłużej niż jeden dzień uszkodzone...
Prężnie działał Komitet Rodzicielski prowadząc m.in. dożywianie (dla biednych uczniów bezpłatnie, ale nie upokarzająco)...
        Taka to była Szkoła, tacy Jej Profesorowie - musieli być też solidnymi uczniowie. Z mojej klasy wszyscy, którzy mogli studiować (czasy wtedy były ciężkie) dostali się po maturze bez problemów na wyższe uczelnie. Przeważnie humanistyczne, ale jak ktoś zdecydował zdawać na kierunek techniczny czy medyczny -też nie miał problemów. Jeśli natomiast plan studiów technicznych powstawał wcześniej - wówczas po "małej maturze" szło się do Gimnazjum im. Żółkiewskiego (profil mat.-fiz). Tylko 2 kolegów to uczyniło, ale za to dziś znakomitości: Adam Sobiczewski wśród fizyków i Wiesław Schier wśród modelarzy lotniczych. Ale i Zdzisław Danielak, inżynier - jeden z kierowników budowy Dworca Centralnego i Mieczysław Szostek, godzący obowiązki kierownika Kliniki i Przewodniczącego Stołecznej Rady Narodowej (młodszy Kolega po fachu) i Janusz Górski naukowiec i były minister czy Jan Mikulski - sędzia Gł.K.B.Z.H. -to pierwszy z brzegu przykład na wszechstronność nauczania Szkoły. Bo, że cała plejada znakomitych historyków, prawników, polonistów - to prawidłowość dla tej Szkoły. Wymienię tylko kilku dziennikarzy (Konrad Kisielewski, Marian Anusiewicz, Andrzej Jucewicz, Janusz Danielak, Henryk Sochacki, Franciszek Malinowski) przepraszając pozostałych za brak miejsca i potrzeby przypomnienia, że są z "PRUSA", bo to czują do dziś, aby można było udowodnić, że to co piszę, to nie są puste, bez pokrycia słowa.
Tak nas uczyła nasza Szkoła Jubilatka, posiadająca imię Bolesława Prusa.
        W 2003 roku spotykamy się na VIII już Zjeździe Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. B.Prusa. Z tej okazji i dla uczczenia i Szkoły i Jej Pedagogów z moich lat (i nie tylko) kłaniam się Im (za Broniewskim) czapką do ziemi - po polsku oraz przypominam piękne strofy Asnyka przed 100 laty, a jakby dla nas pisane: "Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć sami macie doskonalsze wznieść. Na Nich się jeszcze święty ogień żarzy i miłość ludzka stoi tam na straży. I wy winniście Im cześć." Nie zapominajmy o tym nigdy!
 

Zdzisław Makaruk (ur.1932,uczeń "PRUSA" 1944 -50, matura z pierwszą lokatą w szkole, obecnie chirurg, mieszka i pracuje w Łodzi)

 


 

 Bartłomiej Stanisław Czech

        Mimo, iż oficjalnie nie jestem absolwentem Prusa, zawsze będę się za takiego uważał. Po dwóch latach nauki w klasie biologiczno-chemicznej pani prof. Bożeny Surdyk, wyjechałem w 1996 roku na stypendium Szkół Zjednoczonego Świata (United World Colleges, www.rcnuwc.uwc.org) do Norwegii, gdzie uzyskałem maturę międzynarodową. Bardzo zachęcam wszystkich uczniów pierwszych klas Prusa, aby spróbowali swych sił w eliminacjach do Szkół Zjednoczonego Świata; informacje o procesie rekrutacyjnym uzyskać można u dyrektora oraz ode mnie (czech@post.harvard.edu).
        Po ukończeniu szkoły w Norwegii, wstąpiłem na Uniwersytet Harvarda w Cambridge (
www.fas.harvard.edu), gdzie studiowałem chemię i matematykę oraz język chiński. Studia te ukończyłem w 2002 roku.
        Obecnie przebywam na stypendium na Uniwersytecie Fudan w Szanghaju (
www.fudan.edu.cn), a od 2003 roku będę robił doktorat z fizyki na University of Pennsylvania w Filadelfii (www.upenn.edu, http://dept.physics.upenn.edu).
        Pasjonuję się wspinaczką skałkową oraz językami: poza nauką chińskiego na uczelni, samodzielnie opanowałem język hiszpański i rosyjski.
Maile do mnie proszę przysyłać na adres
czech@post.harvard.edu.

Tłumaczenie dyplomu:

Uniwersytet Harvarda
w Cambridge w Stanie Massachusetts
Rektor i Senat College’u Harvarda, za zgodą szanownej i czcigodnej Rady Nadzorczej, działając na polecenie Katedry Sztuk i Nauk, nadają
Bartłomiejowi Stanisławowi Czechowi
tytuł kawalera sztuk z wysokim wyróżnieniem w dziedzinach chemii i matematyki.
Jako świadkowie tegoż, na mocy należnego nam przywileju, składamy poniżej podpisy i pieczęć Uniwersytetu dnia dzisiejszego, szóstego czerwca Roku Pańskiego dwa tysiące drugiego, a Harvardzkiego trzysta sześćdziesiątego szóstego.

Rektor Dziekan College’u

Dziekan Katedry Dziekan Wspólnoty Studenckiej Leverett
Pod-dziekan Wspólnoty Studenckiej Leverett
Uniwersytet Harvarda
Katedra Sztuk i Nauk i Wydział Cywilizacji i Języków Dalekowschodnich niniejszym zaświadczają, że
Bartłomiej Stanisław Czech
wypełnił stosowne wymagania i został nagrodzony dyplomem za opanowanie języka chińskiego.
Jako świadkowie tegoż, składamy poniżej podpisy i pieczęć Katedry Sztuk i Nauk, dnia dzisiejszego, szóstego czerwca dwa tysiące drugiego.

 

 

► Wyszukiwarka ◄

► "85 lat Prusa" ◄
► Kalendarz ◄

► LAI Infobox ◄


Lokalna Akademia Informatyczna


Prowadzimy nabór na 1 sem.


Umożliwia zdobycie umiejętności informatycznych przez młodzież i dorosłych. W ramach LAI jako pierwsza powołana została Akademia Sieciowa CISCO.


Absolwenci kursu Cisco uzyskują umiejętności projektowania, zakładania, serwisowania i obsługi lokalnych sieci komputerowych. Są oni w pełni przygotowani do podjęcia pracy na stanowiskach administratorów sieci lokalnych, techników serwisu itp. Absolwenci, którzy ukończą szkolenie, mają możliwość uzyskania certyfikatu zawodowego Cisco CCNA, będącego przepustką do podjęcia pracy w dziedzinie sieci komputerowych w Polsce i na świecie. Egzamin CCNA jest płatny i przeprowadzany tylko w ośrodkach Prometric Testing Centers. Ośrodki takie znajdują się w wielu miastach Polski, np. w Warszawie, Łodzi i Białymstoku. Pełny cykl szkolenia obejmuje 280 godzin zajęć podzielonych na 4 semestry po 70 godzin. Zajęcia są prowadzone przy pomocy nowoczesnych technik nauczania z wykorzystaniem interaktywnych lekcji multimedialnych. Każdy uczestnik kursu przechodzi intensywne szkolenie praktyczne w laboratorium sieciowym.


[Więcej informacji ...]

► Reklamy ◄



Oficjalna strona Siedlec

   Maciej Dudek&Jan Chróścicki. Wszelkie prawa zastrzeżone.